Szumią pinie na gór szczycie, czyli włoska „Halka” Fabia Biondiego

GNIEWOMIR ZAJĄCZKOWSKI I SZYMON ŻUCHOWSKI

Międzynarodowy Festiwal Chopin i Jego Europa odbywa się po raz czternasty, w tym roku pod hasłem „Od Chopina do Paderewskiego” – odwołanie do tego ostatniego podyktowane zostało z pewnością obchodami związanymi ze stuleciem odzyskania przez Polskę niepodległości.

Im bliżej przyjrzeć się dorobkowi Paderewskiego, tym wyraźniej widać, że większe zasługi artysta położył w dziedzinie dyplomacji, ewentualnie wykonawstwa, niż kompozycji. Większość jego własnych utworów to dość wtórny muzyczny bidermajer i trudno wytłumaczyć nadreprezentację tego typu twórczości na Festiwalu względami innymi niż historyczno-sentymentalne. Trzeba jednak przyznać, że zaletą kolejnych edycji Festiwalu Chopin i Jego Europa była zawsze istotna obecność muzyki polskiej; dzięki nagraniom płytowym Narodowy Instytut Fryderyka Chopina wprowadził do szerszego obiegu wiele utworów zapomnianych, a zasługujących na uwagę.

W tym roku narodowe wzmożenie zaowocowało większą sztampowością programu, jeśli chodzi o dobór dzieł kompozytorów polskich: obok nieuniknionych koncertów fortepianowych Chopina oraz koncertu fortepianowego Paderewskiego zdecydowano się na najbardziej oczywistą operę Stanisława Moniuszki – Halkę (podczas gdy można było sięgnąć po naprawdę mało znanego Flisa czy Parię) i to w jej najczęściej grywanym wydaniu – tak zwanym warszawskim, czteroaktowym. Wartością dodaną tego punktu programu było jednak niewątpliwie sięgnięcie po włoską wersję językową dzieła, które usłyszeliśmy w dziewiętnastowiecznym przekładzie Giuseppe Achille Bonoldiego.

Było to również pierwsze wykonanie tej opery na instrumentach historycznych – powierzono je muzykom orkiestry Europa Galante, specjalizującym się w takiej praktyce, pod dyrekcją Fabia Biondiego. Występowali już oni kilkukrotnie na Festiwalu z wykonaniami koncertowymi oper – były to Norma oraz I Capuleti e i Montecchi Belliniego (pisaliśmy o tym dwa lata temu), a także Makbet Verdiego. Biondi to dobry dyrygent operowy, świetnie panujący nad instrumentalistami, którzy solidnie przykładają się do swojego zadania, grzeszy natomiast dziwnym gustem do solistów i w głównych rolach obsadza takie śpiewaczki jak Vivica Genaux czy Nadja Michael, które miewały wprawdzie swoje zalety, ale dziś występujące raczej jako kurioza wokalne.

Tym razem Biondi miał sporo szczęścia do solistów. Hucznie zapowiadano, że w głównych rolach wystąpią Aleksandra Kurzak i Roberto Alagna, święcący triumfy we francuskich show telewizyjnych oraz regularnie zaszczycający swoją obecnością programy śniadaniowe i łamy magazynów ilustrowanych. Być może ten nadmiar zajęć sprawił, że Alagna nie przygotował niedawno roli Lohengrina do Bayreuth i wypadł z obsady; niewykluczone, że z podobnych przyczyn małżonkowie zrezygnowali z występu w Warszawie. Dzięki temu mieliśmy okazję usłyszeć o wiele bardziej sensownego Jontka oraz całkiem interesującą Halkę.

W roli porzuconej góralki wystąpiła Tina Gorina – hiszpański sopran liryczny, który swoimi warunkami głosowymi nadał Halce wyraz inny niż ten, do którego przywykliśmy w polskich wykonaniach. Okazało się jednak, że taka Halka też działa i takie podejście do jej partii również ma swoje uzasadnienie – słyszymy w nim bohaterkę prostą, skromną, cierpiącą w większości kameralnie, a nie wiodącą lud na barykady; bohaterkę, która wzrusza, ale nie szarpie. Słychać to było zwłaszcza we fragmentach takich jak „Gdybym rannym słonkiem była” czy „Jako od wichru krzew połamany tak się duszyczka stargała” – tym bardziej, że w tłumaczeniu Bonoldiego ten drugi ustęp brzmi: „Sereno al pari del ciel di maggio de’ miei verd’anni scorse il matin”, czyli dosłownie „Pogodny niczym majowe niebo upłynął poranek mych zielonych lat”. Gorina wykazała się dużą precyzją i spójnością w kształtowaniu roli, co rekompensowało problemy śpiewaczki z najniższymi dźwiękami.

Jako Jontek partnerował jej Matheus Pompeu; on także podszedł do swojej partii belcantowo, co – wbrew polskiej tradycji wykonawczej – ma głęboki sens, ponieważ Moniuszko, pisząc „Halkę”, wzorował się na operze włoskiej i francuskiej, tyle że okrasił je polskim sztafażem. Pompeu dysponuje głosem lekkim i zwinnym, donizettiowskim, skupionym na estetyce dźwięku, a wyraz osiąga środkami czysto wokalnymi, a nie nadbudową aktorską. Jego Jontek to smutny chłopak, który swój żal wyśpiewuje kantylenowo – dzięki swojej muzykalności i dobremu warsztatowi Pompeu wydobył z muzyki Moniuszki to, co w niej włoskie, a jednocześnie podkreślił to, co polskie, podczas gdy w wielu tradycyjnych polskich wykonaniach tej opery, przez nadmierną podniosłość i rozwlekanie temp, ginie taneczność i świeżość wielu fragmentów. Sztandarowa aria Jontka, „Szumią jodły na gór szczycie” („Fra gli abeti il vento geme”) ujawniła w jego wykonaniu swój kujawiakowy charakter, zamiast ginąć w zalewie werystycznych porykiwań, kojarzącym się raczej z suplikacjami włoskiego pizzaiolo, który spalił placek, niż z nieszczęśliwie zakochanym młodym góralem.

Gorina i Pompeu stworzyli dopasowany postaciowo duet, którego dopełnieniem była radykalnie odmienna w sposobie śpiewania, bo bliższa polskiej tradycji wykonawczej, trójka bohaterów: Zofia/Sofia (Monika Ledzion-Porczyńska), Janusz/Gianni (Robert Gierlach) i Stolnik/Alberto (Rafał Siwek). Wszyscy troje sprawiali wrażenie trochę skrępowanych – może wynikało to z konieczności przeuczenia się roli z jednego języka na drugi; niezwykle trudno wyjść z kolein wieloletniego słuchania i śpiewania tak popularnej w Polsce opery. Siwek dobrze prezentuje się na scenie – gdyby nosił kontusz i miał przed sobą zadania aktorskie, łatwiej byłoby nie zauważyć nieprecyzyjności jego wykonania, zarówno pod względem dykcyjnym, jak intonacyjnym (znowu pod dźwiękiem). Co gorsza, bas utkwił w kontuszu mentalnym i zdawał się mało reagować na wizję Biondiego. Stolnika uratowało w dużej mierze samo brzmienie głosu – dostojne i szacowne. Dzięki niemu Siwek wypadł lepiej od Roberta Gierlacha, który był Vivicą Genaux tego wykonania. Jego Janusz był nieprzemyślany interpretacyjnie, rozchwiany emisyjnie i nieestetyczny brzmieniowo: jego głos był „połknięty”, a zarazem forsowany, co przyczyniało się do nieprzyjemnych wrażeń słuchowych.

Szczególną „gwiazdą” wieczoru okazał się Karol Kozłowski, który w epizodycznej partii Młodzieńca spiął się tak bardzo, że starczyłoby co najmniej na odtwórcę głównej roli. Swój pierwszy fragment (pogodna piosnka „Po nieszporach, przy niedzieli, skoro jeszcze słonko jasne”) zaśpiewał z niepojętym patosem godnym rozdzierającego finału arii Cavaradossiego „E lucevan le stelle” z „Toski”; w trzecim wejściu, w którym faktycznie nieco rośnie dramatyzm, u Kozłowskiego szalała już pełnoobjawowa histeria okraszona załamaniem się głosu (tak zwanym „kogutem”). Gdyby jego partia była choć trochę bardziej rozbudowana, to byłby w stanie zrujnować nią cały koncert – o tym, czym się kończy powierzanie mu partii wiodącej, przekonaliśmy się, kiedy śpiewał Ewangelistę w Pasji Janowej.

Antidotum na takie zgrzyty stanowił w dużej mierze tak zwany bohater zbiorowy. Doceniani już przez nas wielokrotnie Violetta Bielecka i jej śpiewacy – Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej – po raz kolejny pokazali ogromną klasę i dowiedli, że są w najściślejszej czołówce zespołów wokalnych w Polsce. Dzięki nim sceny chóralne w Halce, mimo niewielkiej obsady, zabrzmiały nośne i wyraziście, a do tego w sposób zróżnicowany zależnie od sytuacji (chór w kościele, górale, goście weselni).

Dyrygent Fabio Biondi opracował spoistą i ciekawą koncepcję wykonawczą Halki – tym ciekawszą, że pokazał ją jako dzieło europejskie, a nie tylko, bądź głównie polską operę narodową. Patrząc na nią przez pryzmat opery włoskiej, uniknął cepeliady, która bywa zmorą wykonań tego utworu. Podkreślił stylizacyjny charakter licznie występujących w niej tańców, nie próbując robić z nich muzyki ludowej, którą one nie są, choć pewnie wiele osób bardziej dogmatycznie podchodzących do idiomu narodowego w muzyce mogłoby uznać to za niewywiązanie się z konwencji. Nie bez znaczenia był też fakt, że w sytuacji wykonania koncertowego dyrygent nie musiał oglądać się na ograniczenia związane z obecnością baletu i mógł pozwolić sobie na bardziej indywidualny dobór temp i subtelniejsze zaznaczenie akcentów. Biondi nie zaniedbał przy tym warstwy symfonicznej dzieła – zatroszczył się o wydobycie detali instrumentacyjnych Moniuszkowskiej partytury, której jakość nie odbiega od twórczości czołowych kompozytorów światowych połowy XIX wieku.

Miejmy nadzieję, że nagranie z tego wieczoru ukaże się wkrótce na płycie, ponieważ – mimo pewnych niedoskonałości tego wykonania – Halka domaga się rozbudowania jej wciąż bardzo skromnej dyskografii, a sam koncert zasługuje na to, by do niego jeszcze wrócić.

 

W wersji polskojęzycznej tekst ukazał się w „Kulturze Liberalnej”

XIV Międzynarodowy Festiwal Chopin i Jego Europa

Halka (włoska wersja językowa, wykonanie koncertowe)
słowa: Włodzimierz Wolski, tłum. Giuseppe Achille Bonoldi
muzyka: Stanisław Moniuszko
soliści: Tina Gorina, Matheus Pompeu, Robert Gierlach, Rafał Siwek, Monika Ledzion-Porczyńska, Karol Kozłowski, Mateusz Stachura, Kirill Lepay, Paweł Cichoński
dyrygent: Fabio Biondi
kierownik chóru: Violetta Bielecka
Europa Galante, Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej
Studio Koncertowe Polskiego Radia (S1), 24 sierpnia 2018 roku